Sri Lanka – jak zdobyłyśmy Adam’s Peak

Pomimo tego, że ze Sri Lanki wróciłyśmy ponad tydzień temu, myślami chyba cały czas tam jesteśmy;) Kolekcjonerski team w składzie Ania i Ula był żądny wrażeń i przygód – i wszystko to otrzymałyśmy, łącznie ze zmianą kierunku wyjazdu. Pomyśleć, że jeszcze dwa tygodnie przed naszym wyjazdem naszym celem była Tajlandia. Przez małego psikusa, jakiego zrobiły nam linie lotnicze, które postanowiły nam odwołać lot, wylądowałyśmy na Sri Lance. Jak się jednak okazało, psikus, który nas spotkał, okazał się naprawdę świetną przygodą;) Tydzień na Sri Lance– hmm trochę szaleństwo…. Jak tu wszystko zaplanować, aby zobaczyć jak najwięcej, a jednak nadal zostać przy życiu? Przede wszystkim znajomość wszystkich środków transportu będzie wymagana- ale o tym napiszę więcej w kolejnym tekście;)

Najważniejsze miejsce, którego z pewnością nie można odpuścić podczas podróży na Sri Lanke to góra Adam’s Peak. Na zaplanowanie naszej podróży nie miałyśmy zbyt dużo czasu. Od początku jednak wiedziałyśmy, że musimy obejrzeć wschód słońca z wierzchołka Adam’s Peak.

Chciałabym Wam opowiedzieć, dlaczego nie można zrezygnować z wejścia na tą niesamowitą górę, na której według buddystów znajduje się odcisk stopy Buddy, według hinduistów – Shivy, a według muzułmanów i chrześcijan – Adama (przy czym portugalscy chrześcijanie twierdzą, że może to również być św. Tomasz). Bez tego podróż na Sri Lankę nie byłaby taka sama. Wejście na górę zaplanowałyśmy jako nasz pierwszy punkt podróży. Co prawda planowanie wspinaczki bezpośrednio po dwudziestoparogodzinnej podróży może się wydawać trochę szalone, ale jak się później okazało, plan został wykonany w 100%, z równie wysoką satysfakcją. Po prawie całej dobie w podróży (samolotem, dwoma busami, pociągiem i tuk tukiem na koniec) dotarłyśmy do wioski Nallathanniya po godzinie 22. Zmęczone, spragnione snu i jedzenia, zameldowałyśmy się w naszym guesthousie, gdzie nasz gospodarz czekał już na nas z kottu, czyli daniem zrobionym z usmażonego pokrojonego na kawałki placka rotti z dodatkami, oraz – jakże by inaczej – kieliszkiem araku, czyli najpopularniejszego lankijskiego trunku. Jeden kieliszek na dobry, choć jakże krótki sen, był zbawienny.

Po jakże udanej kolacji udałyśmy się w błogi sen. O godzinie 2 rano zadzwonił budzik. Ula od razu zawołała – „Wstajemy! Żadnych drzemek!”. Zerwanie się z łóżka, po krótkim śnie w zasadzie nie było jakąś ciężką sprawą, podekscytowanie było wysokie, więc pełne zapału ruszyłyśmy szlakiem, aby zdobyć Adam’s Peak. 

Na zewnątrz panowała całkowita ciemność, szlak praktycznie nie był oświetlony, warto zatem wyposażyć się w czołówki, bez tego, wejście może stać się trochę uciążliwe. Wilgotność powietrza była tak ogromna, że w zasadzie po przejściu paru metrów, byłyśmy całe mokre. Cały szlak, który zaczyna się tuż przy wiosce, składa się z pięciu i pół tysięcy (!) schodów; wspinając się po nich, wytężałyśmy swój słuch, całkowicie nieświadome tego co nas otacza, słyszałyśmy tylko odgłosy, śpiewających ptaków, potoków, czy lejących się po zboczach wodospadów. Było to coś, co bardzo pobudzało wyobraźnię. Po drodze zatrzymałyśmy się na kawę w blaszanym baraku, który pełnił rolę małego baru. Przezorna Ula jednak była przygotowana jak nikt. Batoniki proteinowe, które zabrała, ratowały nam życie na trasie, choć tuż przed szczytem w innym kiosku dokupiłyśmy do nich wypiekane na miejscu placuszki 🙂 Mijałyśmy jeszcze imponujące wielkością posągi Buddy i małe buddyjskie kapliczki. Niektóre posągi z niejasnych dla nas przyczyn miały zakryte twarze. Ma to wszystko swój niepowtarzalny klimat, szczególnie w nocy, kiedy nie widać, co znajduje się metr od nas.

Wejście na szczyt zajęło nam około 2,5 godziny, standardowo wchodzi się około 3-4 godzin – tak, muszę się pochwalić, tempo miałyśmy bardzo dobre:)

Kiedy weszłyśmy na szczyt, powoli zaczęło świtać. Wiele osób było już na górze, aby po chwili podziwiać najpiękniejszy wschód słońca na Sri Lance. Powoli jasność nastawała, wynurzały się góry, roślinność, wszystko to skąpane w gęstej mgle. 

Wschód słońca podziwiany ze szczytu zapierał dech w piersi. Sama nieświadomość tego, co tak naprawdę nas czeka u góry dodawała niesamowitego klimatu. Nie zawiodłyśmy się, przemęczenie się po tej ilości schodów było warte tego widoku:)

Samo zejście było chyba jeszcze ciekawsze, nagle odsłoniło się przed nami to, co wcześniej nie było w ogóle widoczne dla naszych oczu. Podziwianie ogromu natury, gór, wodospadów, małp skaczących po drzewach, skąpanych w dolinach małych wiosek czy też świątyń, daje nam tylko jedno do zrozumienia. Żadna rzecz wymyślona, stworzona przez człowieka, nie ma tego co można podziwiać w takich miejscach. Nie mogłabym nie wspomnieć o toaletach na szlaku. Korzystanie z nich było prawdziwą przygodą. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie załatwiałam potrzeby fizjologicznej z tak pięknym widokiem, a to wszystko dlatego, że latryny, które znajdowały się na trasie, po pierwsze nie miały drzwi, a po drugie były skierowane proso na zbocza gór, porośnięte bujną roślinnością. Tak to była toaleta z najpiękniejszym widokiem jaki w życiu widziałam.

I to była ta całkowita magia tego miejsca: wejście na górę, w całkowitej ciemności, nieświadomość tego co nas otacza, a następnie odkrywanie wszystkiego przy zejściu- to było niesamowite doznanie.

Wejście na Adam’sPeak może i jest wymagające, ale jest to miejsce, którego nie można ominąć podróży na Sri Lankę.

Cały trud wejścia na górę rekompensuje widok, który na długo pozostaje w naszej głowie;)

My z Ulą dałyśmy radę:) Nawet po 25-godzinnej podróży:)