Surfing na Sri Lance

Jak już może się domyśliliście z treści poprzednich postów, wyjazd na Sri Lankę podzieliłyśmy na dwie części: najpierw pojechałyśmy w głąb lądu, gdzie robiłyśmy trekkingi po górach, jeździłyśmy pociągami, wspinałyśmy się na wodospady i odwiedzałyśmy plantacje herbaty, a potem przeniosłyśmy się nad ocean, gdzie oprócz pływania z żółwiami i ciężkiej pracy nad opalenizną testowałyśmy dla Was (no i dla siebie też, nie ukrywajmy) spoty surfingowe.

Przyjęłyśmy taki plan, bo Sri Lanka to jedno z najlepszych – i najtańszych – na świecie miejsc do nauki surfingu. My naukę zaczęłyśmy w mekce surferów – Weligama, z piaszczystym dnem i falami idealnymi dla początkujących. Weligama znajduje się mniej więcej 20 kilometrów od Unawatuny, gdzie nocowałyśmy (zdecydowanie bliżej do Weligamy jest z Mirissy, ale Mirissa nie przypadła nam do gustu i wolałyśmy dojeżdżać). W związku z tym rano załapałyśmy tuk tuka i po wynegocjowaniu ceny – bo bez negocjacji z kierowcami na Sri Lance ani rusz (o tuk tukach poczytacie tutaj) – ruszyłyśmy na pierwszą lekcję.

 Nasz kierowca zabrał nas do, jak twierdził, najlepszej szkoły surfingu – nie wiemy, ile było w tym prawdy, ale jesteśmy skłonne powtarzać tę opinię! Instruktorzy stwierdzili, że najlepiej będzie zacząć od dwugodzinnej lekcji. Najpierw otrzymałyśmy wprowadzenie teoretyczne, potrenowałyśmy na sucho wstawanie na desce, a później, kiedy nasi instruktorzy uznali, że jesteśmy gotowe, zaczęła się zabawa 🙂 Pojechałyśmy tam we trzy – dwie całkiem początkujące i Ola, która zdobywała już pierwsze szlify na surf campach w Portugalii. Zastanawiałyśmy się w związku z tym, czy w ogóle nam się uda stanąć na desce tego pierwszego dnia – bo wiadomo, choć naszym celem była przede wszystkim dobra zabawa, zawsze lepiej się człowiek bawi, jak mu się rzeczywiście uda posurfować, a nie tylko poleżeć na desce 🙂 Weszłyśmy do wody i… Ania popłynęła już na pierwszej fali! Jeśli widzieliście nasze instastory, nie zdradzę chyba tajemnicy mówiąc, że całkowicie zakochałyśmy się w surfingu. Myślę, że duży wpływ na to miał wybór idealnego miejsca do nauki i fakt, że zdecydowałyśmy się na lekcje z instruktorem. Kluczowe jest, żeby zwłaszcza na początku mieć kogoś, kto pokaże nam, co powinnyśmy poprawić, żeby lepiej płynąć, wskaże, które fale łapać, a które lepiej jeszcze przepuścić i przede wszystkim, kto będzie z taką pasją podchodził do lekcji jak nasi instruktorzy. Przez te dwie godziny nauczyłyśmy się podstaw – tego, które fale łapać, w którym momencie zacząć płynąć, jaką pozycję przyjąć na desce. Oczywiście, jeśli myślicie, że po dwóch godzinach będziecie w stanie się utrzymać na każdej fali, skręcać i robić triki, to się mylicie (albo po prostu jesteście dużo bardziej pojętnymi uczniami niż my 😉 ), ale powinniście już być w stanie wyczuć, czy to sport dla Was.

A co, jeśli okaże się, że nie? Na szczęście wybrzeże Sri Lanki ma dużo więcej do zaoferowania niż tylko surfing – można pływać, można podziwiać wspomniane już żółwie w Hikkaduwa (jest tam zatoczka, do której dzikie żółwie przypływają na jedzonko), można się opalać i popijać drinki (nasza rekomendacja to mojito na bazie marakui!). Sri Lanka to też świetne miejsce do snorkellingu czy nurkowania, jest tu trochę ciekawych raf, które można eksplorować albo na własną rękę, albo udając się tam łodzią z przewodnikiem. W porównaniu do innych azjatyckich kierunków Sri Lanka wypada pod tym względem naprawdę nieźle, nie gorzej niż zazwyczaj wybierana jako cel podobnych wyjazdów Tajlandia. W Azji Południowo-Wschodniej podobnym zainteresowaniem wśród surferów co Weligama cieszy się jeszcze wietnamskie Mui Ne, ale naszym zdaniem Weligama jest znacznie przyjemniejszym miejscem na wakacje; Mui Ne składa się głównie z prywatnych, zamkniętych plaż, a te publiczne są dość zatłoczone i brudne, poza tym z Mui Ne mamy dość niemiłe wspomnienia związane z meduzami i sand flies, a przy tym Weligama oferuje znacznie więcej atrakcji dla niesurfujących uczestników wyprawy. Dlatego jeśli zastanawiacie się, który z tych kierunków wybrać, my rekomendujemy Sri Lankę!

Jako że stwierdziłyśmy, że surfing to coś dla nas, zdecydowałyśmy się jeszcze przetestować dwa spoty w Hikkaduwa, ale niestety tu fale były najpierw za słabe, a potem za silne, w związku z czym nie szło nam tak świetnie jak w Weligama. Zatoki w Hikkaduwa mają niestety trochę bardziej kamieniste dno (tzn. dno jest piaszczyste, ale zdarzają się w nim kamienie), co też nie sprzyja nauce. Niemniej uznałyśmy, że przynajmniej spróbujemy. Poranna lekcja skończyła się dość silnym odpływem, więc zrobiłyśmy sobie przerwę. Po południu fale były już na tyle silne, że w wodzie zostało trzech doświadczonych surferów – co powinno dać mi (Uli – Ania była rozsądniejsza i odpuściła popołudniową sesję) do myślenia… Nie dało jednak i w pewnym momencie fala tak mną przeciągnęła, że nie wiedziałam, w którą stronę wypłynąć na powierzchnię. To już mi dało do myślenia i wyszłam z wody 🙂

W związku z tym Weligama Beach pozostaje naszym ulubionym miejscem do surfowania, natomiast Hikkaduwa, przy odpowiednich falach, też ma całkiem niezłe miejscówki – trzeba tylko wiedzieć, które plaże są dla początkujących, a które dla zaawansowanych – i nie udawać, że po trzech godzinach jest się zaawansowanym zawodnikiem 😉 Sama Weligama też składa się z kilku spotów o różnym poziomie trudności i wybranie złego miejsca może Was łatwo zniechęcić do tego sportu. Dlatego warto przedtem zrobić research, żeby wybrać odpowiednią dla siebie plażę.

Nie można też zapominać, że na Sri Lance w zasadzie non stop gdzieś jest pora monsunowa – a jednocześnie gdzieś jej nie ma 🙂 miejsca, które opisujemy, znajdują się na południowym wybrzeżu, w związku z tym w porze monsunowej dla południa wyspy warto rozważyć surfing na wschodzie, na przykład w Arugam Bay.